Pięknie grała swoje Istnienie!

Wyszłyśmy uskrzydlone – dwie zwariowane artystki, dwie szalone śpiewaczki!

A jednak „niewyśpiewane” do końca, skoro tak roznosił nas temperament i tak buzowała w nas twórcza energia!

Joaśko Ukochana! – i gdzie teraz jesteś?

Czemu nigdy nie ziściło się to nasze wspólne marzenie?

Czy więc prawdą jest, co mówiono i powtarzano kilkakrotnie, że byłaś spełnioną w swoim zawodzie?

Nie, nie byłaś spełniona, choć tak to mogło wyglądać z boku.

Śpiewaczka, Diva operowa, Heroina! Wcielałaś się w wiele postaci i to wielokrotnie, i w różnych inscenizacjach, jak i w zestawieniach z różnymi partnerami, co wynikało z podwójnych obsad postaci.

Biegłaś zawsze na spektakl, jak każdy artysta, z szaloną radością i przeświadczeniem, że: znów stanę na scenie, znów odezwą się pierwsze dźwięki uwertury i znów ja, ale już nie ja, oddam całą siebie tej postaci, którą dziś kreuję, a przez nią wzbudzę różnorakie przeżycia w tych, którzy tam siedzą, schowani w czeluściach ciemnej widowni, i właśnie tego wieczoru albo zapłaczą, albo się zaśmieją. Tak, tak myślałaś, wiem, bo tak myśli każdy, bo tak myślałam i ja, a wyczuwałam w Tobie podobny typ pasji i podobną moc ukochania śpiewu i sceny.

Pożegnałam Ciebie – Joaśko – 8 października 2020 roku, ale wszystko krzyczało i krzyczy we mnie, że to nieprawda!

Jak mogłam Cię pożegnać, skoro nie zobaczyłam Twojego gniazdka? Uwiłaś je sobie po drugiej stronie Wisły i mówiłaś przez telefon: „Ewka, musisz przyjechać i zobaczyć, jak się urządziłam. Jestem taka szczęśliwa…!”. Nie zdążyłam zobaczyć, nie zdążyłam przyjechać, a już Twój ukochany Piotrek musiał Cię znów zabrać do siebie na to 4. piętro, na które nie lubiłaś już wchodzić, choć przecież mówiłaś, i bardzo mi to imponowało, że każdego dnia systematycznie ćwiczysz rano przez pół godziny i dzięki temu masz kondycję.

Wracałam do domu, do Łodzi po tym, jak wśród wielu wieńców, kwiatów i zniczy, pozostałaś tam wśród nich uśmiechnięta i bardzo, bardzo piękna, tryskająca życiem i taką zachłannością na wszelkie jego przejawy, a przecież jeszcze przed chwilą, miarowo powtarzający się motyw, wybijany na werblach, przez żołnierzy prowadzących długi kondukt żałobników, jakby na siłę chciał zagłuszyć Twój perlisty śmiech, który na co dzień i bez względu na trudy i problemy, był Twoją wizytówką, był Twoim znakiem firmowym. Chyba nikt nie widział Cię smutnej.

Wracałam do domu i na przekór łzom, zabrałam sobie Ciebie – Joaśko – z tego zdjęcia wśród kwiatów. Tyle pięknych słów powiedziano o Tobie. I ksiądz Tomasz w kościele w czasie celebry Mszy św. i nawet odczytano list Ministra Kultury, i przedstawiciela Związku Artystów Scen Polskich, i tak pięknie i wzruszająco „porozmawiał” z Tobą nasz ukochany dyrektor Sławomir Pietras, i tak uroczo – bo jakby z ciepłym uśmiechem na twarzy – wspominał całe Twoje życie Twój jedyny i najukochańszy syn Piotr, a ja miałam wrażenie, że tak potrafi, bo czuł, że stoisz przy nim, trzymasz go za rękę i szepczesz: „Piotrek, trzymaj się!”.

Pamiętam Ciebie – Joaśko – z małym Piotrusiem, może 5-letnim chłopczykiem, w Domu Aktora w Łodzi, a teraz dojrzały mężczyzna, tak wzruszająco i z miłością żegnał się z ukochaną matką i jakby wszystkich nas wzywał na świadków, że byłaś jedyną, szczególną, najukochańszą i niepowtarzalną Matką, Babcią i Artystką.                                                                   

Myśli moje biegły po obrazach przypomnień i skakały przez lata i zdarzenia…

Pamiętam, jak na jednym z licznych towarzyskich wieczorów dyrektor Pietras zapowiedział, że dojdzie do nas nowa solistka i zwrócił się do mnie: „ciekaw jestem, czy się polubicie i chciałbym, żebyście mówiły sobie po imieniu”. Dyrektor lubił integrować swój zespół, ale ja, idąc w ślady swojej Mamuni, nie lubiłam bruderszaftów szczególnie zbyt pochopnych. Piękny był ten łódzki czas dyrekcji Pietrasa (tak się mówiło: „dyrekcja Pietrasa”) i to określało atmosferę Teatru i w teatrze.

Teatr był Wielki na zewnątrz, wielki swoim bogatym repertuarem i zakresem wszelakich działań i osiągnięć, a był ciepły, rodzinny i kolorowy wewnątrz.

Pamiętam Cię – Joaśko – ze spektakli i wszystkich wspólnych prób, gdy śpiewałyśmy te same role: Butterfly, Halka, Abigaile, Tatiana czy Hanuszkiewiczowska Hrabina na huśtawce. Nigdy nie miałyśmy z tego powodu najmniejszego starcia czy zgrzytu. Żadna z nas nie miała w naturze typu prześmiewczych zachowań takich, jak w anegdotach teatralnych, gdy opowiada się o wilczym i wzajemnym rzucaniu się sobie do sopranowych gardeł.

Ale niepowtarzalną byłaś – Joaśko – Toską! I to Twoje, wymuszone przez publiczność, a przecież nietypowe i niepowtarzalne bisowanie arii w II akcie i, ku największemu zachwytowi przepełnionej widowni, po raz drugi publicznie wyznałaś: „żyłam sztuką, żyłam miłością”.

To było wielkie przedstawienie i nie na darmo dyrektor Pietras teraz, po tylu latach, uświadomił wszystkim, że miał w Teatrze Wielkim niespotykany tercet – CKM – Cortés, Kostecki, Macias. Chodziłam na każdą Twoją Toskę, na każdą waszą Toskę, bo to był pod każdym względem poziom światowy!

A potem nagle myśl przeskoczyła do Skolimowa, bo weszłam w galerię zdjęć w mojej komórce i trafiłam na Ciebie, śpiewającą na pożegnanie Księdzu Kazimierzowi Orzechowskiemu. Tyle mieliście wspólnych występów i to z Nim przygotowałaś recital piosenek Édith Piaff, a ksiądz Kazimierz przeplatał Twoje śpiewanie swoimi recytacjami. Wtedy zaśpiewałaś Mu, wpatrując się w Jego piękną twarz na zdjęciu, wiatr romantycznie rozwiewał Ci włosy, a ja naciskałam „pstryki”, by Cię uwiecznić.

Ale nasza bliskość nie tak się zaczęła, tylko zupełnie inaczej.

Zora Wilczyńska z Bodziem Wróblewskim czekali na zapowiedziany przyjazd do Skolimowa Sławka Pietrasa i Bogusia Kaczyńskiego (mnie poproszono, bym dojechała autobusem). Obaj panowie wysiedli z samochodu i procesjonalnie: Zora w kwieciście ustrojonym kapeluszu, „obydwa Bogdany” kuśtykające przy laskach, Sławek i ja poszliśmy na ogrodowy taras i wtedy Zora przedstawiła mi księdza Ireneusza Bruskiego. Piękną mam pamiątkę z tamtego dnia – zrobił nam kilka zdjęć. A kiedy powiedziałam, że chciałabym poznać Księdza z moim operowym towarzystwem, Ksiądz odpowiedział, że zna już panią Joannę Cortés. I potem moja myśl wyszukiwała w pamięci i podążała za częstymi i coraz częstszymi spotkaniami we troje, lub w większym gronie. Było ich wiele, były umówione lub spontaniczne. Zawsze urocze w rozmowie, ciekawe w poruszanych tematach i do tego stopnia twórcze, że ksiądz Ireneusz „użyczał” nam szpalty prowadzonych przez siebie pism: „Posłaniec Warmiński”, a później „Bez Wierszówki”, a my próbowałyśmy swoje pióra w opisywaniu tego, co nam nadal artystycznie w duszy grało. Pisałyśmy o operze w różnym ujęciu tematycznym. Pisałyśmy o rolach i śpiewakach. I to dopiero był czas – Joaśko – kiedy tak naprawdę bardzo, bardzo się do siebie zbliżyłyśmy

Ksiądz Ireneusz informował nas obie, że ma już bilety do teatru, do kina, czy na operowy spektakl w Wielkim w Warszawie. Były też częste kawy, lody i ciastka, a dziś…?

Dziś ksiądz Ireneusz z kapłańską powagą stał w licznej celebrze Mszy św., polecając Bogu w akcie ofiarowania Twoją wyzwoloną już duszę, Twoje życie i Twój czas w światłości, którą my nie do końca pojmujemy.

Twoja – Joaśko – Warszawa leży centralnie, więc bywałam często, ale Ty przyjechałaś aż do mojego Olsztyna, co nie było Ci przecież „po drodze”, ale celowo przyjeżdżałaś, by się integrować ze środowiskiem ludzi piszących, ze środowiskiem warmińskich dziennikarzy na czele z księdzem Ireneuszem.                                                                                 

A potem myśl skoczyła do Poznania i ta nasza wspólna przygoda w Andrea Chenier – Umberto Giordano w poznańskim Teatrze Wielkim, i znów dyrektor Pietras.

A potem, kiedy przyjechałaś do Łodzi na Jubileusz Delfiny i Tadeusza.

A potem, kiedy przyjechałaś do Joasi Woś na „chrzciny” nowego fortepianu.

A potem, kiedy przyjechałaś na promocję książki Jagody Ignaczak: Istnienie grać – Portret Ewy Wycichowskiej.

I Ty – Joaśko – grałaś swoje istnienie!

Grałaś je bardzo intensywnie! 

Istniałaś na operowej scenie, na deskach Filharmonii, na estradach i w salkach, choćby w Skolimowie dla Artystów Weteranów. Istniałaś w kraju i poza jego granicami. A ostatnio, jak zapewniał Twój syn Piotrek, zaistniałaś jako zakochana w swoim wnuku Rafale Babcia. Istniałaś jako dzielna i bardzo samodzielna Matka.

Dla mnie zaistniałaś jako rywalizująca przyjaciółka, nigdy rywalka! I z wzajemnością!

Pięknie grałaś swoje Istnienie!

8 października 2020 roku odegrałaś swoją ostatnią premierę. Uroczystą premierę z kwiatami, wieńcami, przemówieniami, z uroczystą, honorową asystą wojskową, ale wszystko we mnie krzyczało i krzyczy nadal:

dlaczego tak wcześnie?

dlaczego tak niespodziewanie?

dlaczego?

dlaczego?

A Ty – Joaśko – na każde nasze i moje zawołanie odpowiesz już tylko tym czarownym uśmiechem z nadzwyczajnie pięknego zdjęcia na zawsze zatopionego w kwiatach.

Ewa Karaśkiewicz

fot. © Krystyna Janda
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.