Rzecz o Witoldzie Hulewiczu – cz. 3

W pierwszym kwartale 1917 roku „Kurier Poznański” drukuje blok korespondencji pod tytułem Listy znad Sommy. Znajdujemy w nich co najmniej dwa szczegóły, po których możemy domyślać się tożsamości anonimowego autora: tęsknotę za matką i za… fortepianem.

Redakcja „Kuriera Poznańskiego” donosi, że frontowej korespondencji użyczyła jej jedna z czytelniczek, której syn walczy nad Sommą.

Oto fragmenty Listów znad Sommy:

8 IX 1916

„Pękające granaty bardzo często zrywają połączenia. Wtedy np. dywizja X żąda dywizji Y, dzwonię – cisza. «Przerwane». Żołnierze wolni w tej chwili od służby, wybierają się na patrol […]. Zwykle idzie dwóch, czasem jeden uzbrojony w obcęgi- lampkę elektryczną, tasiemkę do izolowania i kawałek drutu. Idzie się prawie zawsze otwartym polem, bo tam wszelkie ukrycia, mury, drzewa, kopce – zniesione są przez artylerię. Najgorsze, że trzeba się zawsze trzymać leżącego na ziemi lub rozpiętego na drągach drutu, aby znaleźć uszkodzenie. Jeżeli np. połączenie jest długie na pięć kilometrów (a bywają dłuższe), można sobie wyobrazić, ile straci się czasu na odnalezienie przerwy. A że to są przewody tylko dla sztabów i podobnie ważnych instytucji, przeto zależy na jak najszybszym usunięciu przeszkody. Więc na granaty nie bardzo można zważać – tym bardziej czekać, kiedy ogień osłabnie. Fatalnym jest, jeżeli balon obserwacyjny lub inny obserwator dostrzeże taki patrol i przeciwnik kieruje nań ogień artylerii; w takim przypadku trzeba bęc! – plackiem na ziemię, póki strzelanina nie ustanie […].

Moje usposobienie jest mieszane. Najpierw idę tam z pewną dozą ciekawości i chęci wrażeń, oraz z pewnym nieokreślonym zadowoleniem, że danym mi będzie być naocznym świadkiem największej bitwy, jaką zna historia (każdy uważa to, w czym siedzi, za największe). Jest w tym coś z młodzieńczej bezmyślności i awanturniczości. Lecz idę w okopy zarazem z zupełną świadomością, że mogę nie wrócić lub wrócić innym, niż tam idę. Jednak spokojny jestem i opiece Matki Boskiej polecam swoje losy. Byłem u spowiedzi i jestem przygotowany na wszystko. Najżałośniejsza to myśl o mamie… ”.

(„Kurier Poznański“, nr 10, 14 I 1917)

10 IX 1916

„Słyszę, że stacja nasza znajduje się sześć metrów pod ziemią, więc zupełnie bezpieczna. Spanie też tam; nigdy tak nisko nie łożowałem. W murowanym, porządnym domu, który jeszcze stoi cały, a zdaje się, że był dawniej rodzajem karczmy. Zewsząd zbiegają się druty, wpadając razem w otwór w ziemi tuż pod ścianą. Wchodzimy – schody prowadzą do porządnej piwnicy, urządzonej niby izdebka na wzór koszar. Lecz to jeszcze nie tu. W kącie piwnicy czerni się otwór niewielki. Wtłaczam się weń z trudem i trykając głową i ramionami o ściany z gliny, zagłębiam się po niewygodnych, wąziutkich schodach. Coraz głębiej, jakieś pięć metrów jeszcze – wreszcie kilkumetrowy wąski korytarz. Powietrze piwnicowe. Korytarz cały może ma dziesięć metrów długości, wysoki na 1,75 metra. Z boku rzędy stojących na sobie po dwa, drewnianych tapczanów ze słomą, które zostawiają tylko bardzo wąskie przejście. Ściany wyłożone deskami. Na drugim końcu korytarza znów schody, drugie wyjście do ogrodu, który dziś już ogrodem nie jest […]. Taki to jest mój nowy pałac kreci.

[…] Znalazłem w jednej z ruder fortepian, lecz po uderzeniu pierwszego tonu uciekłem przerażony. W jednej chwili wzmogła się kanonada. Stałem w ogrodzie, gdy nagle słyszę cichy świst… coś jakby kot miauknął! Co to? Kolejka tu chodzi? Potem dalsze, głośniejsze. Witam Was, granaty londyńskie i amerykańskie! […]”.

(„Kurier Poznański“, nr 11, 16 I 1917)

13 IX 1916

„Wczoraj o czwartej zbudził mnie głos żołnierza z naszego oddziału. Raportował naszemu porucznikowi. Oddział z naszych telefonistów miał stację o cztery kilometry stąd. W nocy uderzył granat gazowy w ich nory, a że nie wszyscy w jednej chwili założyli maski, dwóch padło od razu, reszta mniej lub więcej trucizny wciągnęła do płuc. Telefonista, który to raportował, z kilku innymi i ze swoim bratem puścił się w drogę do nas, bo połączenie telefoniczne było przerwane i aparaty strzaskane. Szli nocą, gdy nagle już niedaleko naszej wsi [brat] upadł i skonał. Ten wziął go na plecy i przyniósł tutaj. Strasznie było słuchać, jak ten biedak żałosnym głosem opowiadał o swoim bracie […].

Ale najgorsza część doby miała dopiero nastąpić. O dziesiątej wieczorem nasz porucznik otrzymał nagle rozkaz założenia natychmiast przewodu do bardzo ważnego punktu obserwacyjnego przez teren najsilniejszego ognia. Ogień spotęgował się pod wieczór do siły «huraganowego» (Tommelfeuer), więc usłyszawszy ten rozkaz, poleciłem się Bogu. Porucznik miał bardzo poważny wyraz twarzy, zadzwonił do naszego wodza nadporucznika (który jest za frontem), pożegnał się z nim i rzekł między innymi «Położenie nie jest wcale takie różowe, jak pan sobie wyobraża. Kto wie, czy my się jeszcze zobaczymy». Wybrał z nas pięciu najmłodszych, ustawił przed domem i w podobne odezwał się słowa: «Musimy zbudować przewód do……. [nazwa miejscowości ze względów cenzury pominięta w liście]. Jest to zadanie trudne, ale pełne chwały. Będziemy usiłowali je wykonać. Ja idę z wami i nie opuszczę was». Rzekł i nasadził sobie hełm stalowy, my takich nie mieliśmy.

Przewiesiliśmy puszki z maskami i zaczęliśmy budować, najpierw z trzysta metrów przez wieś. Przodem szedł ten, z odwijającym się bębenkiem kabla na plecach. Drugi zarzucał długą włócznią kabel na drzewa i dachy, trzeci i czwarty przeciągali, ja niosłem ciężki aparat polowy z baterią i rezerwowy bęben z kilometrem kabla. Ciężar miałem sowity.

Przez wieś było pół biedy; zbliżaliśmy się wprost na grzmoty. Huczało i wrzało piekielnie w cichą, chłodną noc wrześniową. Na szczęście widno było od księżyca w pełni, więc budowanie nie było tak trudne. Zaraz za wsią przywitały nas dwa bliskie granaty. Nagle straszny, jękliwy, krótki świst i huk okropny. – Już leżeliśmy na ziemi. Przez kilka chwil byliśmy ogłuszeni; po niewielu sekundach posypał się deszcz gliny na nas. Szliśmy dalej – teraz przez czas jakiś rowem strzeleckim, zajętym przez piechotę gotową do strzału. Takie piekło trudno sobie wyobrazić – ryki, grzmoty, świsty, zgrzyty walą zewsząd w mózg człowieka, w krótkich przerwach słychać przejmujący tryl karabinów i mitraliez [karabiny maszynowe]. Z wszystkich stron, bliżej i dalej nas, strzelają w górę rakiety, pękają w górze barwne kule i płyną wolno ku ziemi. Błyski strzelających dział oślepiają nasze oczy, kilka ich stoi tuż – a wszystkie strzelają bez przerwy. Granaty padają wszędzie z jękiem i wyciem, które czasem słyszy się jak strasznie silne trzaśnięcie drzwiami […]. Idę z ciężarem swoim, ocierając się o ściany z gliny, potykając się w błocie, oblany potem i myślę o mamie i o wszystkich moich drogich, to znów powtarzam w kółko słowa modlitwy, przede wszystkim Pod Twoją obronę i Kto się w opiekę […]. Czyż mogą być słowa odpowiedniejsze na taką chwilę:

Stateczność Jego tarcz i puklerz mocny,

Za którym stojąc, na żaden strach nocny,

Na żadną trwogę ani dbaj na strzały,

Któremi sieje przygoda w dzień biały.

Powtarzam to sobie i pewnie wznoszę głowę. Jakże musi być ciężko na duszy ludziom bez wiary w tak strasznej godzinie! […]. Zbliżamy się znów do wsi, ogień potęguje się. Znalazłem hełm stalowy, kładę go sobie głowę i wyglądam jak Lohengrin […]“

(„Kurier Poznański“, nr 17, 23 I 1917)

Zdrój

Gdy nad Sommą toczy się jedna z najbardziej wyniszczających bitew wielkiej wojny, gdy Anglicy, po raz pierwszy w historii cywilizacji używają do walki czołgów, Jerzy Hulewicz i Stanisław Przybyszewski postanawiają, że będą wydawać dwutygodnik poświęcony sztuce i kulturze umysłowej. Redakcja będzie się mieścić w Kościankach, administracja w Poznaniu. Redaktorem naczelnym pisma – ze względów taktycznych anonimowym – będzie Stanisław Przybyszewski. Za swoją pracę otrzyma honorarium. Oficjalnie jako redaktor naczelny będzie figurował Jerzy Hulewicz. Biorą się do roboty.

Część wskazówek redaktorskich Przybyszewski udziela Jerzemu listownie. Okresy najgorętszych prac spędza w Kościankach.

Na Boże Narodzenie 1916 roku Przybyszewski gości w majątku Hulewiczów razem z żoną. Pochodząca z Małopolski Jadwiga Kasprowiczowa donosi w tajemnicy znajomemu, że Hulewiczowie bardzo mili i bardzo się o nich troszczą, ale jednak w Kościankach i u wszystkich poznaniaków święta „tak jakoś oschle, trzeźwo, bez krztynki nastroju lub sentymentu spędzają”.

Witoldowi poczta polowa przynosi wszystkie te wieści. Witold jest kilka kilometrów za frontem. Zakłada linie telefoniczne. Patrole nie są tam takie częste, jak kiedy stacjonował nad Sommą, więc oprócz służby przy aparacie, może siedzieć i rozmyślać.

Dnia 31 marca 1917 roku pisze do przyjaciela:

„W Poznaniu ma powstać dwutygodnik literacko-artystyczny, w którym ja mam udział finansowy […].

Spółka wydawnicza „Ostoja”, założona w październiku […], z kapitałem wynoszącym dzisiaj około 26 tysięcy [marek], rozwija się bardzo pomyślnie. Otrzymuje zewsząd masę rękopisów, a wybiera tylko najlepsze.

Pismo ma wychodzić oficjalnie pod marką „Ostoi”, ale być zupełnie niezależnym. Kapitału ma 30 tysięcy [marek], nazywać się będzie „Zdrój” […].

Spadniesz z krzesła, gdy ci napiszę skład komitetu redakcyjnego:

1. Kierownik: Stanisław Przybyszewski

2. Dział artystyczny i ilustracje: Jerzy Hulewicz

3. Dział filozoficzny: Kazimierz Łuczewski.

Bohdan ma przystąpić do redakcji po złożeniu doktoratu. Prócz tego zastrzeżono w statutach, że ja po studiach każdego czasu będę miał prawo przystąpić do redakcji! […]. A teraz spis współpracowników, którzy już pisemnie zgodzili się na umieszczenie w komitecie redakcyjnym:Jan Kasprowicz

1. Kazimierz Przerwa-Tetmajer

2. Stefan Żeromski

3. Edward Porębowicz

4. Zdzisław Dębicki

5. Michał Sobeski

6. malarz Władysław Jarocki (jako ilustrator: winiety, inicjały) […].

Jeszcze zależy na pozyskaniu dla „Zdroju” Zenona Przesmyckiego (Miriama).

[…] Przybyszewski w liście do Jerzego wyraził ochotę zaczęcia korespondencji ze mną, co jest dla mnie wielkim zaszczytem i bardzo mnie raduje. Więc napisałem do niego dość obszerny list i czekam na odpowiedź.

[…] Przyszłość moja zaczyna sama się formować niewyraźnie, mimo że ja tu siedzę na flandryjskim pustkowiu i niby nic nie mogę zrobić […]”.

Z najczystszych źródeł duszy polskiej

Jesienią 1917 Kościanki przygotowują się do wydania pierwszego numeru „Zdroju”. Kibice i kurierzy pisma, głównie artystyczna młodzież, przygrywają dla nastroju na pianinie. Przybyszewski pisze ostrożną odezwę wstępną:

„Z najczystszych źródeł duszy polskiej zaczerpnęliśmy nasze pojęcie o Sztuce, a zadaniem naszego pisma nie będzie tworzenie rewolucji, ale zadzierzgnięcie poszarpanych nici z oną dostojną królewską przeszłością w romantyźmie, w której się po raz pierwszy ś w i a d o m i e istota Sztuki objawiła […].

Daliśmy naszemu pismu nazwę symboliczną „Zdrój”. Ma ono być istotnie Zdrojem, jaki otworzyli nam, potomnym, Mickiewicz, Słowacki, Norwid, czarodziejską różdżką genialnej intuicji i proroczego jasnowidzenia, a Zdrojem tym to właśnie Sztuka, jako łącznik świata widomego z niewidomym – Sztuka: samoobjawienie człowieka w jego nieobjętej sferze bytowania – życia człowieka w całej jego ogromnej pełni…”.

(Prospekt: „Zdrój”. Dwutygodnik ilustrowany, poświęcony sztuce i kulturze umysłowej, Poznań 1917)

Wbrew tym płomiennym słowom, Przybyszewski ma niewesołe myśli. W mrocznych barwach widzi czas i miejsce, w jakich przychodzi wydawać „Zdrój”:

„Sytuacja tu w Poznańskiem, o ile rozchodzi się o Ostoję i «Zdrój», wydaje mi się być niesłychanie trudna – pisze Przybyszewski do wydawcy Aleksandra Guttrego w Monachium. – Rękoma i nogami broni się tutejsze społeczeństwo, podżegane przez kler, jak najusilniej przeciwko tym innowacjom, mogącym dotychczasowy błogi spokój zakłócić […].

Hulewicz już cudów dokonał – patrzę na jego ciężką walkę z tym piekielnym poznańskim kołtuństwem i wprost niepojętym wstecznictwem, ale wątpię, czy zdzierży, bo jest sam, ale to literalnie sam jeden […]”.

Balon na uwięzi

Kiedy w Kościankach trwa najgorętszy okres prac redakcyjnych, Witold na froncie jest świadkiem zmian organizacyjnych i technicznych w swojej jednostce:

„Armia niemiecka – wspomni po latach 2. połowę Wielkiej Wojny – dokonała […] zasadniczego przekształcenia całej organizacji łącznościowej. Zrazu formacje telegraficzno-telefoniczne zaliczały się do wielkiej klasy Verkehrstruppen […], czyli wojsk komunikacyjnych tj. technicznych. Później wyeliminowano je, by stworzyć jedną nową klasę – Nachrichtentruppen, z osobnym nawet umundurowaniem (zielone naramienniki z czerwonym oblamowaniem) […].

Zbudowali Niemcy także specjalny przyrząd umożliwiający komunikowanie się z szybującym lotnikiem lub balonem na uwięzi za pomocą lampy przytwierdzonej do stalowego hełmu […]”.

To już dla Pana – budować wieżę…

„Szanowny Panie – pisze Przybyszewski 1 października 1917 roku do Witolda Hulewicza. – Całe pół roku cieszyłem się, że będę się mógł osobiście z panem spotkać i o wszystkim obszernie i serdecznie pomówić. Złożyło się niestety inaczej, a już od dawna pragnąłem Pana poznać. Musimy zatem doczekać szczęśliwszych czasów. Wreszcie ukazał się pierwszy numer „Zdroju”. Może Pan być z niego dumny, bo przecież w tym dużo Pańskiej zasługi, że to pismo mogło zostać do życia powołane. A ten czyn, wielki i piękny czyn Hulewiczów, chlubnie zapisze się w piśmiennictwie polskim […].

Rozwój Pańskiej pisarskiej działalności niezwykle mnie interesuje, a jeżeli będę mógł być pomocny Panu w czymkolwiek pomocną radą lub doświadczeniem starszego kolegi, to z całą serdeczną gotowością Panu służę.

Serdeczny uścisk dłoni przesyła kochanemu Panu

Stanisław Przybyszewski

Adres mój w Monachium: München, Ruffinistrasse 12”.

Witold z utęsknieniem oczekuje wieści z Kościanek. „Zdrój” jest jego nadzieją na przyszłość, jeszcze jednym podwodem, dla którego trzeba przeżyć wojnę. Przybyszewski wie doskonale, jak podejść adepta pióra. Pisze do niego w czasie, gdy ten tkwi w absolutnej samotności. Doradzając wybór lektur i kierunek przyszłych studiów („Biologia przede wszystkim!”), próbuje go sobie wychować na sojusznika w sprawach redakcyjnych:

„[…] Zdaje się, że taki układ jest między Wami braćmi, że po wojnie obejmie Bohdan i Pan redakcję „Zdroju” – pisze do Witolda 10 stycznia 1918 roku – więc niezmiernie ważną rzeczą, abyście nie weszli w zaszarganie gospodarstwo, nie potrzebowali niszczyć fundamentów, tylko już na gotowych ów szlachetny Ons Huys wznieśli, o którym bezustannie majaczę. Byle tylko cały gmach dźwignąć pod dach. Najwspanialszym zdaniem – to już dla Pana – budować wieżę.

Napatrzył się Pan we Flandrii na te niesłychane cuda gotyku: tylko najśmielszych i na najcięższe męczeństwo skazanych było stać na budowanie wieży […].

Najgorętszym moim pragnieniem to to, by „Zdrój” – a śniłem o nim we śnie i na jawie przez lat dwadzieścia – stał się takim pismem, jakim matkę Polskę się zadziwi, najcudniejszym darem, jakim ją uradować można […]. Kpić wtedy będziemy z tego, czy jesteśmy pod panowaniem pruskim czy angielskim – jak tylko staniemy się sercem całej Polski.

Bardzo bym pragnął, byś Pan uważnie przeczytał moje Obrachunki, które obecnie w „Zdroju” drukują. Niech mi Pan szczerze, jak brat do brata, pisze o swoim wrażeniu i o myślach, które się w Panu przy czytaniu budziły – mnie się zdaje, że to dobry i mocny fundament dla Pańskiej wieży […]”.

Przyszłość pokaże, że Witold weźmie sobie do serca słowa Przybyszewskiego. A może spełnią się one jako rodzaj proroctwa?

Witold będzie budował „swą wieżę”, na wzór tych, jakie widział we Flandrii, w przerwach między atakiem i obroną, a może sygnalizując swoim migaczem.

CDN.

© Agnieszka Karaś

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kultura w sieci, Witold Hulewicz on-line i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.