Rzecz o Witoldzie Hulewiczu – cz. 2

Alfabetem Morsa

Po przeszkoleniu rekruckim Witold zostaje przydzielony do łączności. Jako, że posiada świadectwo maturalne i ze względu na braki kadrowe w armii niemieckiej, dostaje od razu najniższy stopień oficerski – lejtnanta.

„Aspirant oficerski w czasie kursu zaznajamia się dokładnie z Morsem i budową migaczy – wspomni Witold po latach swój los łącznościowca. – Służba sygnalisty w polu jest trudna i pełna odpowiedzialności […] Czytanie podawanych światłem telegramów, szczególnie z wielkiej odległości. Wśród mgły lub rażącego słońca – wymaga wielkiego skupienia woli, zimnej krwi i przede wszystkim rutyny. Jakże często mylą czytanie złośliwe jakieś odbłyski szybek w słońcu albo drganie powietrza w upale. W nocy znów liczne rakiety i błyski wystrzałów mącą wzrok […] i denerwują telegrafistę. W ogniu granatów, wśród […] muzyki salw armatnich musi […] stać odsłonięty na posterunku i przy poświacie pocisków wlepiać spokojnie oczy w stronę, skąd nadchodzi rozpaczliwy meldunek i czytać wolniuteńko głoskę po głosce: F-r-o-n-t- – p- r- z- e – r- w – a – n – y – – p – r – o – s – z – ę – – o — p – o – m – o – c  – -” (W. Hulewicz, Znaczenie sygnalizacji optycznej w nowoczesnej wojnie, „Wiedza Techniczna”, nr 1, Poznań, wrzesień 1919).

List z pola walki

Witold próbuje uporać się z wojenną codziennością, pisząc impresje z pola walki. Wysyła je matce. Helena – jak głoszą rodzinne przekazy – zanosi te korespondencje do „miejscowej gazety”, gdzie ukazują się drukiem. Jaki tytuł wchodzi w grę? W Poznaniu wychodzą w tym czasie dwie gazety: „Dziennik Poznański” i „Kurier Poznański”.

Pierwszy, drukowany w „Dzienniku Poznańskim” List z pola walki redakcja dostała od rodziny Polaka, walczącego na „zachodnim teatrze wojny”. Relacja jest anonimowa, cenzura wykroiła z niej nazwy miejscowości i daty.

Żołnierz opisuje frontowe miasteczko: „Było to …………….”. Co za wrażenie! Miasto jakby wymarło, a jednak pełne ludzi. Cisza grobowa, tylko czasem słychać jakiś wóz, chociaż ulice wysłane są słomą, żeby przygłuszyć turkot […]. Widać pochylone postacie, idące szybko, żeby jak najprędzej się znowu gdzie schować. Wszędzie ciemno, tylko przez szpary okiennic przemyka się czasem światełko. Nikt nawet cygara nie pali. Domy przeważnie bardzo ładne, jednak więcej niż połowa ich leży w gruzach” („Dziennik Poznański”, 12 VI 1915).

Czy jest to tekst Witolda Hulewicza? Nie wiadomo. Stylistyka, miejsce ukazania się drukiem i adresatka (matka), wskazywałyby raczej na jego autorstwo w przypadku późniejszych, zamieszczanych w „Dzienniku Poznańskim” relacji. Może są to relacje Witolda, a może innych, wcielonych do armii niemieckiej Polaków. Niemniej dają pojęcie o tym, w jakim położeniu znalazł się nagle Witold i cała jego generacja.

„Znalazłem hełm stalowy, kładę go na głowę i wyglądam jak Lohengrin…“
(W. Hulewicz, Listy znad Sommy, 13 IX 1916) 

Dziennik relacji

Cytowane tu listy z Belgii opisują sytuację na froncie zachodnim w okresie od stycznia do kwietnia 1916 roku. Nie wiadomo, czy pochodzą od jednego czy więcej autorów, chociaż w kilku można zauważyć to samo pióro:

L., 21. stycznia

„Tracimy zupełnie świadomość czasu, wszystko nam jedno, czy dzień czy noc, sypia się tak jak się zdarzy. Jaki właśnie jest dzień tygodnia, wie tylko ten, kto dokładnie wykreśla karty w kalendarzu […]”.

„Kurier Poznański”, 14 IV 1916

L., 2. lutego

„Szczury coraz bardziej się panoszą. Już przywykliśmy do tego, by dzielić z nimi chleb, kiełbasę, masło […]. Lecz i tego im nie dosyć, – wyprawiają takie orgie, że spać trudno. Nieraz siedzę przy książce – a tu vis a vis z dziury wychyla się łeb szczurzy i tak patrzymy na się, pytająco […]”.

„Kurier Poznański”, 14 IV 1916

 L., 2 lutego

„Stanie na warcie […] stanowi u nas rodzaj rozrywki […]. Przechadza się wzdłuż torów, zagaduje każdego wartownika, lub śledzi się wzrokiem bieg rakiety świetlnej – to białej, która tylko oświetla pozycje przeciwnika – lub kolorowej, która oznacza sygnał dla własnej artylerii. Najczęściej zaś w nocy, podczas wart, orientuję się, w którym kierunku mi Was szukać wypada – i wtedy ślę do was moją tęsknotę – najczulsze pozdrowienia, na jakie się serce zdobyć może. I pewien jestem, że tam gdzieś na pół drogi nasz dusze się spotykają – że Wy właśnie równe pozdrowienia mi ślecie”.

 „Kurier Poznański”, 14 IV 1916

Spichlerz Europy

„Czym jest Polska obecnie – zwraca się Ignacy Paderewski do publiczności chicagowskiej po dobytym koncercie – […] tylko wspomnieniem […], ogromnym cmentarzem […]. Wzdłuż olbrzymiego frontu bojowego, ciągnącego się od Morza Bałtyckiego do południowych przełęczy Gór Karpackich, cała rosyjska, prawie cała austriacka, a nawet część pruskiej Polski, zostały doszczętnie zniszczone […]. Osiemnaście miesięcy ciągłych bitew, osiemnaście miesięcy nieprzerwanego niepokoju i bólu, które spadły na zupełnie niewinny naród.

Miliony bezdomnych chłopów, robotników bez pracy, nędznych żydowskich handlarzy […]. Ilu cywilnych, nie walczących zginęło w tej katastrofie, nikt dokładnie nie jest w stanie obliczyć.

Kraj, spichlerz Europy, jak go nazywano w starożytnych czasach, jest doszczętnie zniszczony” (Koncert i mowa Paderewskiego w Chicago, „Kurier Poznański”, 11 IV 1916).

Przymus gromadzenia odpadków kuchennych

Na skutek działań wojennych, pola na froncie zamieniają się w poligony. Nie ma komu siać i zbierać plonów. W obliczu klęski głodowej, w Rzeszy zostaje wydany nakaz gromadzenia odpadków kuchennych. Rząd stara się odwrócić uwagę społeczeństwa od spowodowanego prowadzeniem wojny głodu. Rozsnuwa wizje korzyści zdrowotnych, materialnych i politycznych z wynalezienia mlekogenu, sztucznej paszy mlecznej, uzyskiwanej z odpadków kuchennych.

Biuro Wolffa informuje na łamach „Kuriera Poznańskiego”:

„Codziennie ginie w Niemczech kilka milionów kilogramów odpadków kuchennych i resztek potraw bez użytku w śmieciach […]. Obecnie podczas wojny byłoby rzeczą zdrożną, gdyby wielkie ilości białka, tłuszczu, fosforanu wapnia i innych materiałów pożywnych, znajdujących się w odpadkach, stale pozostawały bez użytku.

Przy odpowiednim zużytkowaniu można […] [ z odpadków] osiągnąć wielki pożytek gospodarczy. [Dlatego zarządza się], że w gminach o ponad 40 tys. mieszkańców […] głowy rodzin, posiedziciele [właściciele posesji] i kierownicy zakładów przemysłowych  i społecznych mogą być zobowiązani do osobnego zbierania wszystkich resztek potraw i odpadków kuchennych […].

Gmina winna zebrane odpadki trzy razy tygodniowo odbierać i odstawiać do Niemieckiego Towarzystwa [do spraw] Niemieckiej Paszy Sztucznej w Berlinie [Deutsche Reichsgesellschaft m.b.H. für deutsches Milchkraftfutter]” (Przymus gromadzenia odpadków kuchennych, „Kurier Poznański”, 1 VIII 1916).

W zarządzanym przez Jerzego Hulewicza majątku Kościanki, panuje dostatek. Ziemia rodzi plony. Jest mąka, kasza gryczana, są ziemniaki, mleko prosto do krowy, świeże jajka. Ze spiżarni przynosi się wędliny, z piwnicy – wina.

Ons Huys – Nasz Dom 

„W czasie dojmującego głodu, gnębiącego mieszkańców miast niemieckich wskutek zacieśniającej się blokady wojennej, Polonia z zachodu szukała oparcia na wsi, szczególnie w Wielkopolsce, spichlerzu przemysłowych Prus. Tak i artysta malarz, Adam Pełczyński, ziemianin małopolski, zawitał w roku 1916 do dworu artysty malarza, ziemianina Jerzego Hulewicza w Kościankach” (St. Helsztyński, „Zdrój” Hulewiczów w Kościankach, w: Przybyszewski, Kraków 1958).

Jerzy montuje w tym czasie spółkę wydawniczą „Ostoja”. Marzy mu się wydawanie pisma literackiego, które potrząsnełoby Wielkopolską. Pełczyński daje znać o planach Jerzego innemu, mieszkającemu w Niemczech, Polakowi.

Stanisław Przybyszewski, duchowy ojciec Młodej Polski, klepie w owym czasie biedę w Monachium. Wspomnieniem jest okres, kiedy o Totenmesse, Vigilien i De profundis mówiła niemiecko-skandynawska bohema, Strindberg zaliczał Przybyszewskiego do swoich najlepszych przyjaciół, Ryszard Dehmel przyklaskiwał jego dziełom, a do berlińskiej gospody „Pod Czarnym Prosiakiem” chodziło się posłuchać, jak Przybyszewski gra Chopina.

Przybyszewski myśli zatem o pozyskaniu polskich czytelników. Jednak jako „herold sił alogicznych” i „satanista”, w Wielkopolsce nie ma czego szukać. Poznańskie, nauczone klęską dwu powstań, rozpętanych na romantycznych tęsknotach Polaków, trzyma się ziemi, religii, i nie zaprząta głowy artystycznymi manifestami. Natomiast, pochodzący z zaboru pruskiego Przybyszewski, interesuje się Wielkopolską. Nie żywi wprawdzie szacunku dla pracy organicznej Wielkopolan, pragnie ich jednak sprowadzadzić na drogę sztuki. Najpierw postanawia zapoznać się z Jerzym Hulewiczem, gdyż może się on okazać sprzymierzeńcem w „kulturyzacji” Poznańskiego, tym bardziej, jeśli ma pieniądze.

Jerzy zaprasza Przybyszewskiego do Kościanek. „Herold sił alogicznych” zjawia się tam w  sierpniu 1916 roku, wraz z Jadwigą Kasprowiczową, swoją kolejną żoną, i jej córką. Przybyszewski ofiarowuje do druku wydawnictwu Jerzego Szlakiem duszy polskiej, przeróbkę niemieckojęzycznej Von Polens Seele.

Jest to już druga książka, po Polen und der heilige Krieg [Polska i święta wojna], jaką Przybyszewski napisał na zlecenie  Naczelnego Komitetu Narodowego. W rozumieniu autora, książki te zaznajamiają „szerszy ogół inteligencji niemieckiej z kulturą polską”. W rozumieniu Wielkopolan są tekstem o wymowie filogermańskiej.

NKN, który swoim zleceniem ratuje Przybyszewskiego od niechybnej zapaści głodowej, reprezentuje postawę aktywistyczną. Opowiada się za rozwiązaniem kwestii niepodległości Polski w oparciu o Austro-Węgry i Rzeszę Niemiecką. Natomiast propagowana głównie przez kręgi narodowe opcja pasywistyczna, nawołuje do bierności wobec prób wciągnięcia Polaków we współpracę z państwami zaborowymi.

I właśnie ta opcja jest w Poznańskiem popularna. Wielkopolanie nie mogą zapomnieć Przybyszewskiemu ataków, jakie w jednym z berlińskich dzienników skierował przeciwko Romanowi Dmowskiemu.

Więc, aby do reszty nie rozdrażniać opinii publicznej, Przybyszewski postanawia bawić w Kościankach potajemnie.

Kościanki 1916: Jerzy Hulewicz portretuje Stanisława Przybyszewskiego

Z konspiracji nic nie wychodzi:

„Dla Jerzego Hulewicza i jego żony Wandy […], jego matki Heleny Hulewiczowej i innych członków rodziny przestawianie z egzotycznym gościem było istną ucztą duchową – wspomina Stanisław Helsztyński. – Towarzystwo ziemiańskie zaczęło dom ich bojkotować, dziwiono się, że Hulewiczowie przyjmują w swych ścianach antychrysta, gazety krakały o przyjeździe Przybyszewskiego jak o zarazie, co wszystko nie wytrąciło z równowagi, ani gospodarza, ani poety. Hulewicz malował portret pisarza. Odbywano spacery po parku i polach, projektowano wydanie wspólnej książki pod tytułem Sny na jawie […].

Zaczęły się dyskusje na temat sztuki – relacjonuje Bohdan Hulewicz – żarliwe, uczciwe, niesnobistyczne, na temat «niskiego poziomu kultury umysłowej i estetycznej Wielkopolan» […] Jerzy zaczyna malować jak nigdy dotąd […] Niemal co wieczór siada Przybyszewski do koncertowego Blüthnera i gra Chopina […]. Wszystko, co Przybyszewski mówił, robił, nawet jak grał – wszystko było stawianiem problemów. Problemy się rodziły, problemy narastały w gorączce twórczej”.

Jerzy Hulewicz „wpakował cały swój gorący entuzjazm i co najmniej czterdzieści tysięcy marek w sprawę «Ostoi» Jest w Poznańskiem nie lubiany. Może być, że dlatego, iż od kilku lat bezustannie przerywał w Poznańskiem błogą drzemkę – pisze o swoim nowym wspólniku Przybyszewski. – Toć to właśnie w jego towarzystwie nabrałem tej niezłomnej ufności w niespożytą moc odrodzenia się społeczeństwa Poznańskiego, w jego to zacisznej pracowni malarskiej w Kościankach zrodziło się we mnie przeświadczenie, że Poznańskie sprosta twardym , ale dostojnym obowiązkom, jakie na nim teraz spoczęły […], że dorosło już temu obowiązkowi , który mu dano teraz spełnić, że stanie się znowu silną i ofiarną ostoją dla całego życia umysłowego Polski, którego byt teraz więcej może zagrożony aniżeli po 1831 roku” (St. Przybyszewski, Znaczenie kulturalne Poznania, odczyt wygłoszony w Poznaniu, drukowany przez „Dziennik Poznański”, 1916, nr 217 – 222).

Stanisław Przybyszewski, namalowany przez Jerzego Hulewicza

Spółka wydawnicza, którą rozkręcają Jerzy z Przybyszewskim, staje się punktem wyjścia do dalszych marzeń, do koncepcji Naszego Domu: „Ons Huys – Nasz Dom, wyryto złotymi zgłoskami na froncie wspaniałego gmachu, jaki wystawili dla siebie robotnicy flamandzcy i z dumą go pokazują w Gandawie cudzoziemcowi – czytamy w programie «Ostoi». – Oby nadszedł czas, kiedy poznańczyk będzie mógł wskazać na «Ostoję» jak na nasz symboliczny Ons Huys […]”.

Nasz Dom jest ideą „na miarę wizji Żeromskiego” – zauważa Józef Ratajczak (Zagasły „brzask epoki”, Poznań 1980).

Przedsięwzięciem w sferze duchowej i fizycznej. Gmachem, „w którym pomieści się drukarnia własna «Ostoi i »księgarnia, i sala odczytowa i koncertowa, biblioteka, sala zgromadzeń obywatelskich i salon wystawowy obrazów i rzeźb, a może i mała scenka teatralna […]” – pisze Przybyszewski w liście do Jerzego Hulewicza. – «Ostoja» stanie się tym dla duszy polskiej, czym banki Wawrzyniaka dla Wielkopolski”.

„Przybyszewski gotów jest pójść na współpracę z endecją, byleby tylko jego sen mógł się w pełni ziścić” – pisze Ratajczak. „Dlatego usilnie drogiemu Panu radzę – zaklina Przybyszewski Jerzego w jednym z listów – teraz, gdy chodzi o tę wielką budowę Najwyższego Domu, byś Pan szukał porozumienia z tą partią, najsilniej jeszcze niedawno przez Pana zwalczaną […]”.

„Moment na budowę Naszego Domu jest korzystny. Poprzedza odrodzenie się państwa polskiego. Budowa «symbolu odrodzenia duchowego w najbardziej zacofanej kulturalnie dzielnicy» – zauważa Ratajczak – mogłaby mieć «silną wymowę». Mogłaby stać się «wzorem» dla bardziej rozwiniętych krajów, zwłaszcza, że towarzyszyłaby poczuciu zagubienia, jakie przyniosła z sobą wojna”.

W sensie materialnym Ons Huys pozostaje marzeniem, w sensie ideowym – po części ziszcza się. Dworek Hulewiczów w Kościankach staje się jego polską namiastką. 

Agnieszka Karaś

CDN.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kultura w sieci, Witold Hulewicz on-line i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.