Rzecz o Witoldzie Hulewiczu – cz. 4

Redagowany w umiarkowany sposób „Zdrój” i tak staje się przedmiotem nagonki. Atakom przewodniczy „Kurier Poznański”, uosabiający drobnomieszczańskie poglądy środowiska, chorobliwie niechętne wszelkiemu wdzieraniu się w irracjonalne tereny duszy ludzkiej – wspomina Stanisław Helsztyński w studium Dobranoc, miły Książę.

W nie podpisanych odpowiedziach od redakcji uczy Przybyszewski Wielkopolskę, że „sztuka nie jest luksusem, lecz potrzebą i funkcją, utotalnieniem życia duchowego każdej jednostki i każdego zespołu” – pisze Helsztyński.

„Gleba poznańska to kamienna opoka, nie sposób jej rozorać – najostrzejszy pług w jednej chwili tępieje i się łamie”– żali się Przybyszewski znajomemu po trzech miesiącach redagowania „Zdroju”. „Swoją drogą coś tam wsiąknąć musiało – ale dużo, dużo czasu upłynie, zanim kiełki wzejdą”.

Przybyszewskiego mierzi rola anonimowego redaktora „Zdroju”. Pozycja pedagoga w stosunku do „niezwykle opornego i niechętnego czytelnika, który, jak pisze Józef Ratajczak, „tak ofiarnie potrafi wysiadywać w kościelnej kruchcie i w przedpokojach endecji”.

„Zdrój” zyskuje w Poznańskiem 620 abonentów, w Galicji 50. Do Warszawy wysyłanych jest 500 egzemplarzy. Daje to liczbę 1 170 abonentów, która wzrośnie do 1 400 osób. Jest to dużo i mało. Dla przykładu, „Przewodnik Katolicki” ukazuje się w tym samym czasie w nakładzie 200 tys. egzemplarzy.

Przybyszewski obawia się deficytu i wyczerpania pieniędzy Hulewiczów. Zdecydowanie odradza uderzenie w radykalniejsze tony, do czego namawiają Jerzego młodzi zgromadzeni wokół „Zdroju”. Młodzi chcą awangardy. Ekspresjonizmu takiego jak w Niemczech. Znają go i berlińskich pism „Die Aktion” i „Der Sturm”.

Buntownicy

Jesienią 1917 roku grupa malarzy i poetów zgromadzonych wokół „Zdroju”, zakłada formację „Bunt”. Nazwa grupy odnosi się do niemieckiego słowa bunt (kolorowy). Łączy się też ze „zdrojową” tradycją, bo jak pisze Ratajczak, „Już w słowie wstępnym Przybyszewskiego można było przeczytać: «Modernizm jest tylko trywialną nazwą odwiecznego przejawu duszy ludzkiej, a zwłaszcza duszy polskiej, naszego najprostszego Buntu, naszego Liberum Veto»”.

W skład „Buntu” wchodzą: Jerzy Hulewicz, Adam Bederski, Małgorzata i Stanisław Kubiccy, Władysław Skotarek, Stefan Szmaj, August Zamoyski, Jan Jerzy Wroniecki, Artur Maria Swinarski i Jan Panieński.

„Prawie wszyscy – pisze o „Buntownikach” Józef Ratajczak – mieli […] powiązania z niemieckim ruchem ekspresjonistycznym, z berlińskimi czasopismami «Die Aktion», «Der Sturm» oraz z artystami z kręgu «Die Brücke»”. Stanisław Kubicki, urodzony w Niemczech poeta, publicysta i grafik, studiował w Berlinie, działał w polskich lewicowych kołach akademickich i w Związku Spartakusa. Jego żona Małgorzata, z pochodzenia Niemka, była plastyczką i poetką. Adam Bederski, poeta, studiował filozofię w Berlinie i Monachium. W Niemczech studiowali również Stefan Szmaj, Jan Wroniecki i Bohdan Hulewicz. August Zamoyski przebywał w Berlinie jako jeniec wojenny, a podczas późniejszego pobytu w Monachium zbliżył się do grupy Kandinskiego „Der Blaue Reiter”.

Przemycane na front pismo „Die Aktion” czytał również Witold Hulewicz. Ale podczas gdy artystów sztuk plastycznych interesowała w berlińskim piśmie grafika, Witold chłonął wiersze niemieckich żołnierzy-poetów.

Pan ma dużo do powiedzenia

W marcu 1918 roku Witold Hulewicz debiutuje w „Zdroju”. Pisze pod pseudonimem Olwid, utworzonym z przestawienia kolejności sylab swojego imienia.

W wysmakowanym artystycznie dwutygodniku ilustrowanym poświęconym kulturze umysłowej i literaturze, między Goethem i rozważaniami Przybyszewskiego o walce ducha z materią, pojawia się wojna. Olwid recenzuje książkę Bernharda Kellermanna Der Krieg im Westen (Wojna na Zachodzie). Zauważa, że to „jedna z wartościowszych książek, jakie napisano o wojnie, bo przemawia z niej człowiek, a nie nacjonalista”. Podkreśla respekt autora dla żołnierzy i jeńców z armii przeciwnika. Sprawiedliwość, z jaką Kellermann mówi o pierwszej wojnie światowej, jako o hańbie obydwu walczących stron. Zdaje się szukać w książce Kellermanna potwierdzenia własnych uczuć.

Przybyszewski pozytywnie ocenia debiut Olwida w „Zdroju”. Planuje dalsze jego kroki:

„Szanowny i Kochany Panie – pisze do niego 19 maja 1918 roku. – […] Listy Pańskie zdumiewają mnie niezwykłą dojrzałością sądu w Pańskim wieku, i dziwię się bardzo, że tak rzadko spotykam się w «Zdroju» z piórem Pańskim. A przecież Pan ma dużo do powiedzenia […]. Przed dwoma laty mówiłem z matką Pańską, którą niezwykle wraz z żoną cenimy, o dalszym Pańskim kształceniu […]. Osią wszelkiego literackiego wykształcenia jest znajomość nauk przyrodniczych. To bezwzględna podstawa do stworzenia sobie jakiegoś światopoglądu, podstawa przede wszystkim do filozoficznego myślenia – metafizycznego – bez którego nie ma sztuki […].

Otóż gorąco radzę Panu, byś Pan przez jakieś dwa lata zajął się naukami przyrodniczymi – filozofia, a raczej teoria poznania jest tak ściśle z nimi związana, że równocześnie pozna Pan te najważniejsze  podstawy wszelkiej wiedzy, bez której nie ma Sztuki. Upatruję w Panu właśnie tego człowieka, który może już na niedługo – oby Bóg dał!! – podejmie wraz z bratem swoim Jerzym, tę krwawą pracę naokoło kulturyzacji Poznańskiego […]. Niech się Pan tylko do mnie zwraca z całą ufnością i z tym przeświadczeniem, że każdy szczery list Pański serdeczną radość mi sprawia – niezmiernie interesuje mnie rozwój duszy Pańskiej. Teraz już znajdę tyle czasu, by na każdy list Pański odpowiedzieć! […].

Bardzo serdeczny uścisk dłoni przesyła Kochanemu Panu Stanisław Przybyszewski”

„Bunt” w „Zdroju”

Tymczasem „Buntownicy” szykują wystawę prac plastycznych, która zatrzęsie Poznaniem. Domagają się od Jerzego Hulewicza odrębnego, „buntowskiego” numeru „Zdroju”. Przybyszewski, przerażony tym, że cały jego trud pójdzie na marne, zaklina w lutym 1918 roku Jerzego: „Nie łącz Pan tej wystawy ze „Zdrojem”. „Zdrój” nie może się  […] z nią utożsamiać […]. Tylu ludzi, którzy pragną powolnego zrozumienia, ale nie znoszą nagłych przeskoków, zaprzestałoby «Zdrój» prenumerować.”

„Niech Pan się głęboko zastanowi nad drogą, którą Pan teraz «Zdrojowi» wyznacza – pisze Przybyszewski w kolejnym liście. – Czy ta bezwzględna propaganda ekspresjonizmu w piśmie, które przecież dla wszystkich twórców było przeznaczone, «Zdrojowi» na dobre wyjdzie, śmiem wątpić. Gdyby «Zdrój» mógł odegrać tę rolę, jaką odgrywa «Aktion» lub «Sturm», to owszem – przecież mnie chyba Pan o żadne zacofane kołtuństwo nie posądza, ale «Zdrój» w Polsce z tym wybitnym kierunkiem ekspresjonistycznym w dziale artystycznym stanowczo się nie utrzyma […]. Dlaczegóż to wszystko tak gwałtownie? I teraz znowu ta fatalna awantura z tym nieszczęsnym «Buntem»”.

Przybyszewski  tłumaczy „Zdrojowcom”, że jeżeli ekspresjonizm ma się na gruncie polskim utrzymać, trzeba go w organiczny sposób połączyć z kulturą polską. Pisze teksty, które staną się zapleczem teoretycznym dla polskich ekspresjonistów: artykuł Powrotna fala i książkę Ekspresjonizm, Słowacki i „Genezis z Ducha”.

Zdaniem Przybyszewskiego ekspresjonizm nie jest niczym nowym. Już Słowacki wyraził w „«Genezis z Ducha»  odwieczną w twórczości ludzkiej istotę ekspresjonizmu”, pisząc, że „wszystko dla ducha i przez ducha stworzone jest, a nic dla cielesnego celu nie istnieje.”

„Obtrąbiono ekspresjonizm jako coś nowego – och! – dalibyśmy sobie raz wreszcie spokój z «nową» sztuką, «nowymi» prądami, «nowymi» kierunkami! Nie ma nic nowego w dziedzinie ducha, li tylko ustawiczna walka, wieczne zmaganie się Jakuba z Aniołem, bezustanne zapasy materii z duchem” – pisze Przybyszewski w Powrotnej fali.

Oto Bunt – rozbicie stężałej skorupy!

Wystawa „Buntu” wiosną 1918 okazuje się sukcesem. „Buntownicy” sprzedają niemal wszystkie wystawione prace. Nie obywa się bez skandalu: cenzura każe zdjąć z wystawy kilka „niemoralnych” eksponatów. „Buntownikom” w to graj! Demonstracyjnie przenoszą się do innego lokalu.

„Oto Bunt, oto rozbicie stężałej skorupy, oto podarcie na strzępy uświęconej tradycji artystycznej” – pisze o wystawie „Zdrój”.

Do artystów sztuk pięknych dołączają poeci. Zenon Kosidowski, współpracownik „Zdroju” wspomina, że „pierwszą zapowiedzią istotnie głębokich przeobrażeń” w piśmie są Wiersze Adama Bederskiego.

1 kwietnia 1918 roku „Zdrój” drukuje wytłuszczonymi majuskułami ekspresjonistyczny manifest Adama Bederskiego. Oto fragmenty: „Przekazano nam, ludziom, w testamencie [chore] na uwiąd starczy zamierzchłej Młodej Polski: uczucia rozpasane i tegoż dekokty, nastrojowość wespół z melodramatów łzawością. Uwielbienie dla rymów i rytmów (życiowych) ponurej gładkości i nie wywalczone myśli człowieczej i metafizycznych porywów urwiska”.

Przybyszewski, otrzymawszy pocztą zeszyt „Buntu”, jest zachwycony. Gratuluje Jerzemu trafnego posunięcia. W „buntowskim” numerze podoba mu się wszystko, prócz manifestu Bederskiego. Przespawszy noc, stwierdza, że manifest Bederskiego godzi w niego, jako w duchowego ojca Młodej Polski. Podobnego zdania jest jego żona. Drażni ją buta, z jaką Bederski pisze: „sami stanęliśmy i wolni”. Jakby nie rozumiał, że bez Młodej Polski nie byłoby w Polsce ekspresjonizmu!

„Program Bederskiego trzeba by jeszcze raz po ludzku napisać, aby być zrozumiałym – pisze Przybyszewski do Jerzego. – Postulaty, jakie zawiera, wyrażone napuszonym kunsztem niechęci, są bardzo rozsądne – niestety powyłapywane ze wszystkich kątów Europy”. Przybyszewski żałuje, że sam nie napisał tego manifestu. On, który kończąc Szlakiem duszy polskiej „błogosławił to pokolenie, które miało nadejść” i „pogruchotać tablice Młodej Polski”.

Gdy Jerzy nie daje sobie wytłumaczyć, że doradcy typu Bederskiego oraz cały ostry kurs ekspresjonistyczny doprowadzą „Zdrój” do ruiny, Przybyszewski próbuje wpłynąć na Witolda: „Lękam się tylko o przyszłość «Zdroju» – pisze do niego 19 maja 1918 roku – ale mam niezłomną nadzieję, że pan Jerzy przy swej dziwnie intuicyjnej inteligencji rychło się opatrzy i «Zdrój» skieruje na drogę istotnego «ekspresjonizmu», tego, który został zapoczątkowany w filozofii genialną intuicją Bergsona w jego Évolution créatrice – w naukach przyrodniczych  przez neolamarckizm i neowitalizm – u nas przez potężny twór Słowackiego począwszy od 1840 (Genezis z Ducha, List do Rembowskiego, Samuel Zborowski, Król Duch).

W sztuce ekspresjonizm jeszcze w powijakach – poznański ekspresjonizm żywcem przetransplantowany z Berlina – a jedynym szczerym i fanatycznym wyznawcą ekspresjonizmu – to J e r z y; portret jego Kubickiego istotnie sięga praiłów duszy i bardzo piękna jest inwokacja do św. Franciszka”.

Dwa wiersze o wojnie

Przybyszewski żali się Witoldowi na „przeholowany” kurs „Zdroju”, a ten ma inne problemy i inne fascynacje. W piśmie „Die Aktion”, z którego poznaniacy „importowali” ekspresjonizm, interesuje go przede wszystkim rubryka Dichtungen vom Schlacht-Feld (Wiersze z pola walki).Oto jeden z pierwszych wierszy publikowany w tej rubryce. Autorem jest lekarz frontowy Wilhelm Klemm:

„Jednemu urwało głowę,

Gdzieś dynda ręka,

Wyje ten bez stopy,

Kapitan dopiero co dostał w pierś,

A deszcz pada i pada”

(1914, przekład z niemieckiego Agnieszka Karaś)

O roli, jaką berlińskie pismo „Die Aktion” odgrywa w życiu wojennej generacji, pisze Erwin Piscator, podobnie jak Witold, żołnierz armii niemieckiej, a później wielki reformator teatru: „Kiedy zobaczyłem przed sobą «Die Aktion», jeden wiersz za drugim, opisujący moje cierpienie, mój strach i moją niechybną śmierć, stało się dla mnie jasne, że to nie los i nie fatum pchało nas w bagno, lecz zbrodnia przeciw ludzkości i człowiekowi. To odkrycie zawdzięczam Pfemfertowi i jego «Die Aktion»”.

Franz Pfemfert zamieszcza w „Die Aktion” wiersze frontowych żołnierzy, będące wszystkim innym niż zagrzewaniem do walki. Jedynym kryterium przyjmowania tekstów do druku, jest dla Pfemferta antywojenna postawa ich autorów.

Rubrykę Wiersze z pola walki otwiera Pfemfert słowami: „Ze szczególną satysfakcją zamieszczam te wiersze. Oto p i e r w s z e wartościowe wersy, jakie zrodziła wojna światowa 1914 roku”. Pfemfert zabrania przedrukowywania wierszy w tak zwanych „lirycznych ulotkach wojennych i tym podobnych kupletach”.

Aby w pełni docenić pacyfistyczną postawę Franza Pfemferta, warto przytoczyć któryś z tekstów, jakie nie miały wstępu na łamy „Die Aktion”, a jakie wytrwale podsuwano żołnierzom frontowym, w tym Olwidowi – pod nos.

„Zerwijmy kartkę z kalendarza: [jest] 21 luty 1915 rok.

«Hiddekk»… Słowo powyższe utworzone zostało z pierwszych liter wyrazów następującego zdania: «Hauptsache ist, dass die Engländer Keile kriegen» [Najważniejsze, żeby Anglicy dostali cięgi]. «Hiddekk!». Drobny, ale wcale znamienny przyczynek ilustrujący ogrom nienawiści rozgorzałej między Niemcami a Anglią […]”.

Twórcą najpopularniejszego wiersza w okresie I wojny światowej był poeta Lissauer. Wiersz nosił tytuł „Hassgesang gegen Egland”.

„«Co nas obchodzi Francuz i Rus» – pisał Lissauer – zwalczymy ich, po czym, gdy przyjdzie pora, zawrzemy z nimi pokój…

Ale po wieki niesytą krwi

Nienawiść, Anglio, ślubuję ci!”

[…] Kto jest ciekaw dziejów tego Hymnu nienawiści i jego autora, niech przeczyta książkę [Arnolda] Zweiga lub jej rozdział «Pierwsze chwile wojny» 1914 roku […]. Zacytuję fragmenty… «Hymn podziałał jak bomba rzucona na magazyn amunicji. Żaden wiersz nie rozszedł się tak szybko po całych Niemczech – nawet Wacht am Rhein…Cesarz był zachwycony i udekorował Lissauera Orderem Czerwonego Orła, wiersz opublikowano we wszystkich gazetach, nauczyciele odczytywali go dzieciom w szkole, oficerowie recytowali żołnierzom tę litanię nienawiści… ale nie koniec na tym. Skomponowano muzykę. Hymn rozłożono na głosy i śpiewano chórem w teatrach… Z dnia na dzień Lissauer zdobył sobie sławę, jak żaden inny poeta w czasie tej wojny»” (Tadeusz Różewicz, Dwie strony medalu, w: Przygotowanie do wieczoru autorskiego, Warszawa 1977).

Tekst pochodzi z książki Agnieszki Karaś, Miał zbudować wieżę, Oficyna Literatów i Dziennikarzy POD WIATR, Warszawa 2003, s. 53-66 ©

CDN.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kultura w sieci, Witold Hulewicz on-line i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.